Majorka taka jak dawniej
Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy po raz pierwszy znalazłem się na Majorce. Byto to pod koniec listopada 1958 r. Przejechałem z Kopenhagi na południe przez przemarzniętą, niemal całkowicie przykrytą śniegiem Europę w maleńkim morrisie. Dotarłem do Barcelony, żeby złapać nocny prom, i nie przypominam sobie, żebym podczas całej tej podróży w ogóle widział słońce. Tutaj wiał silny wiatr i panował lodowaty ziąb. Mój samochód wciągnięto na statek i przywiązano do pokładu. Następnego dnia o świcie po byle jak spędzonej nocy na morzu zobaczyłem w oddali Majorkę skąpaną w promieniach wschodzącego słońca. Patrzyłem zaciekawiony, jak białe i kolorowe domy. wieże kościoła i iglice centrum Palmy stają się coraz bardziej widoczne. Wspaniała gotycka katedra na końcu portu przypominała olbrzymi stary galeon, odpoczywający ze zwiniętymi żaglami. Hotel, w którym spędziłem pierwszą noc, był wygodny i czysty, a wszystkie sypialnie miały łazienki. Za pokój z trzema posiłkami, winem i kawą zapłaciłem zaledwie funta. Następnego ranka odwiedziłem hiszpańskiego prawnika, którego nazwisko dostałem w brytyjskim konsulacie przed opuszczeniem Skandynawii. Powiedziałem mu. że chciałbym kupić dom i mam nadzieję, że będzie mnie reprezentował, chociaż wydaje mi się. że ostateczną decyzję, gdzie chcę zamieszkać, podejmę dopiero za sześć miesięcy. Prawnik pochwalił mój rozsądek. "Wielu ludziom - powiedział - przyjeżdżającym tutaj na wakacje, wydaje się, że chcieliby tu mieszkać, więc pod koniec lata kupują dom. Nie mają pojęcia, jak będzie tu w zimie i w rezultacie rzadko są zadowoleni".